Kategorie

skrawki

dziś, pochylając się nad umywalką, uchwyciłam swoje spojrzenie w lustrze, takie spojrzenie tego kogoś kim byłam zanim pojechałam do Francji. czysta optymistyczna ekstaza w źrenicach.

a gdy siedziałam w fotelu i widziałam za oknem jedynie fragment błękitnego nieba, nic poza tym, mogłabym przysiąc, że przez sekundę był upalny lipiec.

zbliża się 16:00, a za oknem nadal jest jasno.  powoli zataczamy kolejne koło.

wracając do tego utraconego spojrzenia i lipca w środku zimy: może to właśnie utracili Chłopiec i Dziewczyna? pozbawieni niewinności. ich tożsamość rozszczepiła się i stali się wieloznaczni. stali się beznadziejnie bezimienni. „ja jestem ja” – te słowa nie mają żadnego znaczenia i tylko podkreślają zanikanie tożsamości. ja jestem ja.

niejednoznaczność świata – czyż to nie smutne? moja własna tożsamość rozszczepiła się na miliardy maleńkich tożsamości. coś, co po angielsku nazywa się pięknie integrity, czyli spójność. uczciwość. od dłuższego czasu jestem niespójna. nie ma w tym nic złego, wszyscy jesteśmy tacy. lecz moment utracenia spójności ustanawia ten kamień milowy, od którego zaczyna się nowa epoka naszego życia. epoka niespójności. epoka pozwalania sobie na wszystko. bo już nie musimy się kleić.

moje dziewiętnastoletnie spojrzenie spłynęło wraz ze skrawkami po ściankach umywalki, zniknęło w dziurze, która chyba nazywa się odpływem. odpłynęło.

lubię moje własne skrawki. z mieszaniną zachwytu i obrzydzenia obserwuję je, jak pełzną wraz z wodą w stronę odpływu.  żeby tak chciały odpełznąć na zawsze. ale one wracają.

śmieszne m.

zaczynam mieć serdecznie dość prozy Milana Kundery. seks, seks, wszędzie seks… na stojąco, na leżąco, z młodymi kobietami i starymi mężczyznami, do wyboru do koloru.  na okrągło, we dnie w nocy.

sesja trwa, jest trochę nudno, wszyscy się uczą. buw otwarty do 5 rano i brak numerków w szatni. numerków? fuck…

wszechobecny kunderowski seks.

rodzina wyjechała, jesteśmy z mamą same. dym papierosowy osiada cicho na meblach. na ekranie Mr. Darcy ma mokrą koszulę. to jest życie!

dobrze mi mhm

nie ma nic, i pusty pokój, spokój

niemaniemaniema nic

od rana do wieczora, od kilku dni, jedyna trasa dom-uniwersytet, a poza tym nauka lub imitacja nauki, czytaj: znajdywanie w internecie mebli, ubrań i zastaw stołowych, na które mnie nie stać. nie ma zimy, jest jakieś zgniłe coś. coś błotnisto-wietrznego. mimo to, zaczynam już tęsknić do ciepłych dni i ciepłych nocy. kiedy można siedzieć przy świecy na balkonie i słuchać muzyki i palić palić palić wspaniałe papierosy. i patrzeć jak Warszawa powoli gaśnie do snu.

coś niepokojącego się dzieje wewnątrz mnie. czuję jakieś nostalgiczne zrywy w płucach. sama siebie wpakowałam do klatki, i znów mam czasami ochotę spieprzać gdzieś daleko. tyle, że już raz to zrobiłam, i co to daje? niektóre sprawy po prostu zawsze już będą męczące, nigdy nie przestaną być istotne, ani nie zblakną w naszej pamięci. dlatego trzeba poddawać swój umysł intelektualnym ćwiczeniom typu 3 książki do przeczytania w jeden dzień, albo trzy wypracowania i dwie prezentacje w obcym języku do przyszłego tygodnia, i w ten magiczny sposób oddalić się od trudnych myśli. bo wbrew pozorom sesja jest prostsza w obsłudze niż robienie porządku we własnej głowie. sercem w tym odcinku się nie będę zajmować, jeszcze przez długi, długi czas.  bo go nie ma.

piszę i piszę te bzdury, a wszystko po to, żeby nie wracać do nauki. okej, trzy, cztery, start!

WEŹ SIĘ



we are shining

WŁAŚNIE TAK

jakieś podniosłe uczucia się we mnie budzą! bilety do Paryża już kupione, nowa płyta Florence na ipodzie, mnóstwo pracy przede mną, dobre imprezy za mną, nowy rok zaczął się zaskakująco dobrze. ale w zeszły też, a potem było tylko gorzej, więc to żadna przepowiednia.

właściwie to jedyne co mam dziś do powiedzenia:

say my name

and every colour illuminates

we are shining

and we will never be afraid again!

‘Spectrum’ Florence + The Machine

i need an easy friend

ktoś próbuje ze mną (albo mną?!) otworzyć puszkę Pandory; niedoczekanie… prawie się udało, ale ja uciekam, i mnie nie dogoni! daj mi spokój! pfff.

czuję, że Paryż mnie wzywa, muszę tam wrócić na chwilę, muszę zobaczyć Jennifer, muszę z nią przegadać kilka dni. muszę uciec i odetchnąć z ulgą, bezpieczna prawie 2000 kilometrów od mojego sennego koszmaru.

znowu wieje wiatr który zapowiada zmiany, czuję to. dreszcze intuicji biegają mi po plecach. to naprawdę będzie NOWY ROK. a potem koniec świata.

I’m a soldier to my own emptiness

ale próbuję się starać

w czułym jak w teatrze zmieniają się postaci przy stolikach, tylko ja i jakiś facet ze smutną miną przed laptopem siedzimy bez zmian. byli już dwaj przytulający się chłopcy, którzy pili herbatę i koktajl truskawkowy, była już grupa erazmusów, było już chyba 1000 i 1 zakochana para, niektórzy zapominają zamknąć za sobą drzwi, a pod sufitem jest duszno i gorąco.

 

też czasem lubię przebywać

I’m a soldier to my own emptiness I’m a winner

somebody that i used to know

„Czekam wciąż czekam leżę tak sobie ciemno a ja obracam głowę i patrzę z uśmiechem w niewidzialną miłość bo ona tam gdzieś jest ma twoją twarz a ja tak bardzo bym chciała pogłaskać cię po policzku i powiedzież już dobrze bo ja tu będę czy dobrze jst czy źle nie zostawię cię przenigdy to wszystko wyznaję ale bezgłośnie wyczytaj to z ruchu warg i tak nie zobaczysz bo jest tak cholernie ciemno a ja udaję że cię widzę ja uśmiecham się a potem szczęśliwa gdy już wstanę patrzę w swe odbicie w lustrze bo całe życie przede mną i może nie zawsze będę myślała do ściany może to trochę skomplikowane szczególnie że momentami czuję się niekomfortowo ale to nic

to była spowiedź na jednym wdechu”

napisane w kwietniu 2006 roku

miała ja fantazję oj miałam. myślałam do ściany. minęło 5 lat i nie przyszłoby mi to do głowy, ale metaforyczny sens tej wypowiedzi znam, więc jeśli chodzi o samotność, to nic się od tamtego czasu nie zmieniło. wygląda to jak użalanie się nad sobą, ale nie jest. wtedy myślałam, że za kilka lat będę dorosła, a w wieku moim obecnym będę już miała narzeczonego i własne mieszkanie. tymczasem zmiany życiowe są niemal niewidoczne gołym okiem, ponadto, rozwijają się bardzo powoli. może to moja wina, że takie mają marne tempo? może ich nie doceniam, może nie ma nic wartego docenienia, może.

mam dosyć zwalania wszystkiego na to, że jest zimno. czas spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać: do niczego się to wszystko nie nadaje

what the FUCK

taa bo przeniosłam swój blog do nowego systemu, którego nie umiem obsługiwać, więc wszystko wygląda jak kupa, mam nadzieję że niedługo wzbogacą się o nowe lepsze szablony. przykro mi że bezpowrotnie pozbawiłam mojego bloga tej pięknej palmy która tu była na zdjęciu. fuuuuuuuck

santa fe

jakie to… nowe. like a fresh battery. nowe uczucie. przez tyle dni, miesięcy, lat zależało mi na kimś, zależało tak strasznie, że oddałabym wszystko, co mam, za chwilę rozmowy, za złapanie wymykającej się od dawna z moich rąk nici porozumienia, za utwierdzenie się w tym, że tak, tak byłaś dla mnie bardzo ważna, tak, byliśmy ze sobą blisko, tak brakuje mi ciebie, ale wiesz, no wiesz, trudna sytuacja. zależało mi tak, że nie mogłam normalnie oddychać. zależało mi tak, że uniosłam się dumą i milczałam. 

kiedyś kochałam i chciałam kochać, później nienawidziłam i chciałam… nie wiedziałam, czego chcę, potem lubiłam i chciałam rozmawiać, nie mogłam rozmawiać więc znów nienawidziłam. z tego całego galimatiasu została pogodna obojętność. 
kiedy patrzysz na niegdyś ukochanego i widzisz nagle, że ma za krótkie spodnie i jeszcze większy nos, niż kiedyś, a w ogóle to trochę przynudza i irytująco porykuje na imprezach, możesz odetchnąć z ulgą i zająć się swoimi sprawami, przewracając ewentualnie oczami. 
stan ogólnego przygnębienia mimo to trwa, niestety, choć w głowie miliard pomysłów, jakoś brak energii na realizację. brak pieniędzy często też. 
liczba prywatnych nieszcz ęść w okół mnie rośnie. skończyły się boskie zachody słońca na moim balkonie, czas zimowy kończy dzień o 16, chmury przyspieszają ten proces. zimno, ciemno, wieje i kaloryfer zepsuty. 
wycofuję się coraz bardziej w siebie. i coraz bardziej. i jeszcze trochę.

get out of my house

trup długo przeglądał się w lustrze, po czym westchnął ze smutkiem. a jej było przykro.

- wiesz, że musiałam – spuściła głowę i raz na jakiś czas spoglądała na niego, ale to były szybkie spojrzenia, niemal niezauważalne.
- wiem. albo nie wiem. myślałem, że mnie to nie spotka. – przejechał dłonią po martwych włosach.- czym jestem? naprawdę trupem? inaczej to sobie wyobrażałem.
- trup… – skrzywiła się. – to takie brzydkie słowo. tak nazwałam tych niedobrych krzywdzicieli. to byli dranie. ciebie możemy nazywać… retrospekcją. jeśli to cię uspokoi.
zaśmiał się.
- nie, bądź konsekwentna. uśmierciłaś mnie i koniec. niczym się nie różnię od pozostałych.
zmilczała. przyglądali się sobie przez chwilę.
- wiesz… pozostali wrócili do życia. ty też kiedyś wrócisz. – chciała dotknąć jego dłoni, ale powstrzymała się.
- może wrócę, może nie wrócę. – zamyślił się trup. – zobaczymy. no dobra, dziewczyno. idę. 
zrobił krok w kierunku drzwi, położył dłoń na klamce i jeszcze raz na nią popatrzył. uśmiechnął się wesoło, tym kretyńskim uśmiechem który tak dobrze znała.
- ode mnie, moja droga, szlugów nie dostaniesz! – mrugnął, i zniknął.
została sama. rozejrzała się po tej choletnej łazience i przewróciła oczami.
- adieu – powiedziała na głos i, trochę ciszej, dodała: – będę tęsknić.